AK – dwie literki owiane legendą, mglistym wyobrażeniem wielkiego i dzikiego kraju. Literki pobudzające wyobraźnię, niejednokrotnie łączone z wizją sielankowego krańca świata, pokazaną
w pewnym serialu puszczanym w naszych szaroburych telewizorach w połowie lat dziewięćdziesiątych. Dla mnie najbardziej kuszące były opowieści o stromych górach
i fenomenalnym śniegu. 

Kierowany ciekawością, chęcią dotknięcia i posmakowania owej legendy ruszyłem do Haines – małej, rybackiej mieściny w południowo-wschodniej części Alaski. Zazwyczaj nazwa Haines nic nikomu nie mówi, jednak dla wąskiej grupy pozatrasowców, to miejsce niemal święte. Mekka heliboardingu, do której rokrocznie pielgrzymują setki narciarzy i snowboardzistów. To tam kręcą większość freeridowych filmów i strzelają niezliczoną ilość zdjęć, które możemy później oglądać
w branżowych magazynach.
Po przetransportowaniu się na drugi koniec globu, zostałem przywitany przez mglisto-deszczową pogodę, która właśnie rozgościła się nad pobliską zatoką.
Bardzo deprymujący był też fakt, iż wszyscy, którzy siedzieli w Haines od dłuższego czasu, bez przerwy opowiadali o ostatnich 4 dniach które z rozmachem serwowały „blue birds” (czyli idealną, bezchmurną pogodą).
Niestety na wstępie Alaska zaserwowała mi swoje kapryśne oblicze wystawiając na próbę moje pokłady cierpliwości. Kilka kolejnych dni upłynęło na czytaniu, oglądaniu filmów, zabijaniu nadmiaru wolnego czasu oraz nerwowym kontrolowaniu satelitarnych zdjęć zachmurzenia.
Kiedy moje nerwy były już mocno postrzępione a poziom frustracji przybliżał mnie do samobójstwa, nadszedł pierwszy słoneczny dzień. W bazie wielkie zamieszanie, łączenie w grupy, przydział przewodników i ruszamy. Ściśnięci w siedem osób w helikopterze podziwiamy szybko zmieniające się pod nami krajobrazy. Al, nasz pilot, wyrzuca nas na jednej z pobliskich górek – Old Faithful. Niestety stok nie grzeszy stromizną ani większymi trudnościami, to olbrzymie pole śnieżne na którym można po prostu przyjemnie posurfować w głębokim puchu. Dziś wszyscy wybrali tą górkę, ponieważ nikt nie chce zbytnio ryzykować po dłuższym okresie niepogody i sporych opadach śniegu, które bardzo zwiększyły zagrożenie lawinowe. Po pierwszej lekcji cierpliwości, przyszła kolejna, tym razem rozwagi – tu nikt nie jest bohaterem w zderzeniu z naturą, nawet największe gwiazdy narciarstwa i snowboardu dziś nie szarżują. Z mojej perspektywy, lekki stok na początek, to dobra rozgrzewka, rozpoznanie terenu, tutejszych zwyczajów i pierwszy kontakt z alaskańskim puchem, zsuwami, z którymi należy się zaprzyjaźnić bo towarzyszą nam niemal przy każdym zjeździe, czasem od samego szczytu, po dolinkę (dla wyjaśnienia, zsuwy, to luźny lecący śnieg, który nie jest jeszcze lawiną, choć czasem może nas poturbować). 
W ciągu kolejnych dni, w trakcie których śnieg trochę osiadł i zwiększył stabilność pokrywy, przesuwamy się ustawicznie w coraz odleglejsze zakątki tutejszych gór, poszukując coraz bardziej stromych i bardziej urozmaiconych stoków. Fenomenem alaskańskich gór jest śnieg, dużo bardziej wilgotny, niż w Europie, który pozwala na bezpieczną jazdę w puchu na stokach o naprawdę dużych nastromieniach. Śnieg ten tworzy też charakterystyczne śnieżne grzbiety (słynne „spines”), które wymagają trochę innej techniki jazdy, dają sporą frajdę z popylania po wielkich stromiznach, jednak wyniszczają psychicznie, bo zazwyczaj nie widzisz dalej niż na 5-10 metrów, musisz ciągle przeskakiwać z jednej strony grzbietu na drugą utrzymując przy tym odpowiednią prędkość, by uciec od pióropuszy śniegu, które zasłaniają pole widzenia. Kolejnym zaskoczeniem dla mnie była ilość poduszek śnieżnych, które układają się tutaj w długie kaskady. Niektóre stoki niemal w całości złożone są z labiryntów takich sekcji. Alaskański teren wymaga objeżdżenia, oswojenia
i przyzwyczajenia się do specyfiki tutejszych formacji śnieżnych.
Po kilku dniach jazdy i kilku roszadach personalnych, udało nam się stworzyć dość mocną grupę
z którą atakowaliśmy coraz bardziej wymagające stoki. Nie ukrywam, iż było dla mnie sporą nobilitacją, jeździć w grupie z trenerem nowozelandzkiej kadry snowboardowej, czy aktualnym mistrzem świata w big air, Stefanem Gimplem. Reprezentowany przez nich poziom, pewność
i płynność za każdym razem wprawiały mnie w zdumienie i wielki podziw. Co więcej ich obecność mobilizowała mnie też do wybierania coraz trudniejszych linii i jak mawiają moi znajomi „reprezentowania”. 
Poza odpowiednimi warunkami śnieżnymi, pogodą, dobrą i zgraną grupą bardzo ważny jest też przewodnik. To on decyduje, czy pozwoli ci zjechać z wymarzonej górki upatrzoną linią. Część guidów poprowadzi cię na klasyczne i typowe górki (swoją drogą rewelacyjne), natomiast inni puszczą wodze fantazji i zaczną wyszukiwać mniej popularnych a przez to bardziej atrakcyjnych opcji. Niestety odkrycie preferencji i sposobu pracy poszczególnych przewodników zajmuje trochę czasu, jednak kiedy traficie już na takiego, który pasuje wam najbardziej i który, znając wasze umiejętności, dobierze stoki do oczekiwań grupy, wtedy zaliczycie najlepsze zjazdy swojego życia.
Moje ostatnie trzy dni jazdy w Haines to idealne połączenie wszystkich elementów. Super pogoda, rewelacyjne góry, mocna ekipa i mnóstwo satysfakcji. Nasz przewodnik wybierał co smaczniejsze
i nie ruszone jeszcze kąski. Na szczytach niemal wszystkich gór odczuwałem lekkie trzęsienie kolan, bo niejednokrotnie stoki zbliżały się granicy moich możliwości. Gdy przychodziła kolej na mnie, musiałem zbieraćsię w sobie, wypowiedzieć do krótkofalówki magiczne „droping in 10 seconds”, po czym puścić się w dół. Zazwyczaj zrobienie pierwszych dwóch skrętów wychodziło mi jakoś opornie, jednak po kilku sekundach odzyskiwałem pewność i bez większych problemów gnałem w dół. 
Początek wyjazdu był dla mnie dość frustrujący ze względu na pogodę, jednak po kilku dniach wszystko zaczęło nabierać coraz większego tempa i kolorów. Często czułem się jak nowicjusz ucząc się specyfiki tutejszych warunków. Prawie codziennie walczyłem ze swoim strachem (raz mniejszym, raz większym a momentami nawet paraliżującym), jednak na koniec każdego dnia satysfakcja i zadowolenie było ogromne a wszystkich emocji chyba nie da się opisać. Z czystym sumieniem mogę podpisać się pod stwierdzeniem, iż Alaska jest stolicą freeridu a warunków tutejszych i skali nie da się z niczym porównać. AK jest piękną legendą i życzę każdemu by miał szansę jej skosztować.
*
Name:

Komentarze: