whitegames

Ukraińskie backcountry


Link Komentuj (2)

Dobra, decyzja podjęta, nie jedziemy na Elbrus. Ekipa się na nas trochę pogniewała, bo wyskoczyliśmy z tym w ostatnim momencie, ale trudno. Aby nie zaprzepaścić zimy wymyślamy wyjazd trochę bliżej. Pada na Ukrainę i Połoninę Borżawa. Skład: Monika, Kuba, Tomek, Henryk i ja. Wyjazd zapowiada się hardkorowo, bo w planie mamy spanie w namiocie lub chatkach pasterskich. Jak dla mnie, Moniki i Kuby to nowość i trochę się tego obawiamy. Reszta jest dużo bardziej doświadczona w tych kwestiach, w końcu to leśnicy.


Transport do Wołowca, skąd mamy w planie wyruszyć w góry zajmuje nam cały dzień. Na miejscu zaczyna padać, słońce chyli się ku horyzontowi, więc jak najszybciej pakujemy się do lasu i brodząc w głębokim błocie docieramy do polanki, gdzie rozbijamy namiot. Kuba, dobity okolicznościami przyrody, strasznie marudzi i co chwila wspomina o wycofie. W tym czasie Henryk jako człowiek lasu, własnoręcznie przewraca drzewa i pichci nad ogniskiem. Tuż przed zaśnięciem zaczyna padać grad…


Rano zimno, mokro i nieciekawie. A więc szybkie papu, zwijka i do góry. Kuba przemyślał sprawę i jak później przyznał, wolał się zamknąć, aby przeżyć w ekipie.


Podczas długiego i żmudnego podejścia zaczyna padać śnieg, co trochę polepsza nasze humory. Na grani wykopujemy dół, w którym odpalamy butle i serwujemy sobie obiadek. Niestety pogoda nas nie rozpieszcza. Sypie, wieje a wszystko okryte jest mgłą, przez co nie do końca wiemy gdzie jesteśmy. W pewnej chwili wiatr przewiewa chmury i naszym oczom ukazują się piękne, majestatyczne, bielusieńkie góry. Z daleka wyglądają jak szczyty Alaski. Bezdrzewne, dobrze dośnieżone, po prostu cudeńko. Ślicznie odcinają się na tle niebieskiego, czystego nieba- pocztówkowy landszaft.


                    


 


                    


 


                    


 


                                        


W dolinie Henryk wypatrzył chatkę, co rozwiązało nasze problemy z kwaterą. Przepakowujemy rzeczy, by stokówką ruszyć w dół na nartach i deskach. Mój plecak wygląda dość komicznie, bo przytroczone są do niego wszystkie rzeczy z pokrowca snowboardowego, z trampkami na samym wierzchu. W trakcie zjazdu kątem oka zauważyłem mały czarny punkcik, który zaczął za mną spadać. Odwracam się i z przerażeniem stwierdzam, że ta czarna odbijająca się piłeczka, to mój śpiwór, który jak pocisk celuje w strumyk na dnie doliny. Ruszam za nim, przeklinając go w duchu i mając nadzieję, że nie zamoknie za bardzo. Na szczęście wsadziłem go do torby na śmieci, przez co mokry okazał się tylko dół śpiworka. Droga powrotna ze strumyka na stokówkę była tragiczna. Byłem zmęczony całodniową wędrówką a tu trzeba gramolić się z ciężkim plecakiem po stromym stoku. Na szczęście w chacie towarzystwo nie próżnowało, dzięki czemu po przyjeździe mogłem napić się ciepłej herbaty.


Chatka pasterska okazała się w miarę przytulna, choć trochę dziurawa. W rogu było palenisko, zaraz obok stolik a pod ścianą duże legowisko. Kładziemy NRC jako izolację a wokół łóżka rozwieszamy baldachim z namiotu i pałatki. Pakujemy się do śpiworów i spanie. Z rańca zimno i trochę mnie telepie, nogi podmarznięte. Wyskakuję ze śpiwora, ubieram się grubo i zaczynam truchtać w miejscu, żeby rozgrzać kończyny.


Przed hacjendą planujemy dzisiejszy zjazd. Na początek kontrolnie. Jest ładna pogoda, więc na lekko ruszamy w górę. Oczywiście im wyżej tym pogoda zaczyna się kiepścić. Na szczycie krótka rozkminka i jedziemy. W połowie stoku wjeżdżam w coś twardego , co zatrzymuje moją deskę, a ja na dużej prędkości walę głową w dół. Poniewiera mną strasznie, koła-dach, koła-dach aż po pewnym czasie ciało samo zahamowuje. Trochę oszołomiony ruszam w dół, gdzie z aparatem czeka Tomek. Poniżej niego mała polanka i bardzo fajny, rzadki lasek, którym przypalamy na dół.


 


                    


 


Po wygramoleniu się z potoku, do którego doprowadził nas lasek, idziemy do chatki na obiadek. Przy ciepłym posiłku kombinujemy, gdzie tu wleźć, by zaliczyć kolejną fajną linię. Zbieramy się dość szybko i trochę zdyszani zaczynamy wchodzić na najbliższą górkę. Za plecami powoli pojawiają się ciemne, szarogranatowe chmury. Nie dane było nam dotrzeć do szczytu, zwijamy się w dół trochę szybciej, bo burza ściągnęła już nad nasze głowy i zrobiło się szaro buro i nieprzyjemnie. Zjeździk przyjemny, w fajnym puszku i fajnie nastromionym stoczku. W ciemnościach burzy dojeżdżamy do chatki, gdzie pałaszujemy kolejny liofilizat ze wspólnej torby. W międzyczasie na dworze rozpogadza się i możemy podziwiać piękny zachód słońca po jednej stronie i księżyc w pełni po drugiej. Cała noc jest bezchmurna, jest bardzo jasno, światło księzyca oświetla piękne, białe góry. Klimat jak z bajki i chyba wszyscy nie możemy uwierzyć w te „okoliczności przyrody”. Pod pilnym okiem księżyca wybieramy się do lasu po drewno na ognisko. Niestety cug w chatce jest kijowy i nadmiar dymu wyrzuca nas na zewnątrz, co w sumie jest miłe, bo nieczęsto przyroda pokazuje się z tak magicznej strony.


Rano okazuje się, że miejsce, które planujemy uderzyć pod wpływem wiatru zrobiło się dość lawiniaste. Nawet z dużej odległości widać nagromadzone deski śnieżne. Wybieramy, więc bezpieczną wersję zjazdu kilkoma ostrymi żlebami. Wszystkie wygląda OK tylko z dołu. Niestety podczas podejścia pogoda znów daje o sobie znać i na grani dopada nas zadymka śnieżna. Dochodzimy do miejsca wczorajszego zjazdu i postanawiamy przeczekać zamieć. Wykopujemy dół i osłonięci od wiatru siedzimy na plecakach jedząc chałwę. Po pół godzinie zaczyna się robić zimno a Pin, czyli pies, który dołączył się do nas już w Wołowcu, zaczyna bardzo drżeć. W Monice odezwały się instynkty opiekuńcze i zaczęła przytulać psinę do siebie. Po jakiś czterdziestu pięciu minutach postanawiamy zjechać mimo kiepskiej widoczności, bo bezczynne siedzenie strasznie nas wychłodziło. Tomek wpina się pierwszy i po kilkunastu metrach jazdy upada. Spod nart wyjechała mu deska śnieżna. Czyli śnieg jest dziś dość zdradliwy, tak jak pogoda. Tomek zarządza odwrót. Deski na plecy i we mgle próbujemy odnaleźć ślady naszego trawersu, co w panującej zamieci i wszechobecnym mleku jest dość trudnym zadaniem. W pewnym momencie nasz nieodłączny piesek zapada się pod ziemię, dosłownie pod ziemię. Okazuje się, że poleciał z nawisem jakieś 3 - 4 metry. Sytuacja nieprzyjemna, bo nie ma szans, by po niego zejść. Żegnamy się z nim i ruszamy w poszukiwania trawersu, który doprowadzi nas do chatki. Po kilkunastu minutach łażenia we mgle przewiewa na chwilę mgły i bez problemu wytyczamy kurs powrotny. W tym czasie ze szczytu dobiega do nas nasza psina! Jakoś udało jej się przedostać zza grani i nas dogonić.


Po południu przejaśnia się, wiatr milknie a w nas ogarnia optymizm i wracają siły. Aby wykorzystać pogodę idziemy nad mały nawis śnieżny, który powstał podczas ostatnich burz śnieżnych niedaleko naszej chatynki. Każdy skacze kilka razy, po czym zabawę przenosimy niżej na wcześniej wybudowaną hopkę. Wszyscy są mocno podbudowani i naładowani. To nasz ostatni dzień i udał się nam wykorzystać go maksymalnie, pomimo tego, że warunki pogodowe były bardzo kapryśne.


 


                    


 


                    


 


                               


 


                    


Powrót, to niekończące się pasmo cierpień i nieszczęść, z krótkimi pozytywymi przerywnikami, takimi jak pierwszy od tygodnia porządny posiłek w knajpie, czy kąpiel w hotelu.


 


Był to dla nas pierwszy poważny wyjazd w dzikie góry. Dostaliśmy mocno w dupę, ale było warto. Nowe mocne doświadczenie i olbrzymia satysfakcja z jazdy w zupełnie nieznanych freeridowych miejscach. Polecam każdemu!


 


PS


Wszystkie zamieszczone zdjęcia zrobił Tomek Dębiec.


 


                                                                               *



Archiwum

Zaległości
AK podsumowanie
AK
Bajkowa jazda dowolna
Stubai
Chore - chorsze - najchorsze
Piatka
Rumunia
Wiosna
Grofa
Secret spot
Gastein
La Plagne
w poszukiwaniu sniegu
That's it That's all
Apocalypse Snow 1983
Moj pierwszy raz
Google Earth
***
malymi literami???
big air, big plum
Surfwise
W jak Wpis
Straszny diabel w glowie
Majowka
The Day
Ukrainskie backcountry

Linki

hardkor nie disko
trzymetrypuchu
king of the game
freeride world tour

O mnie

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl