whitegames

Zaległości


Link Komentuj (0)
Przyznaję się, że zaniedbałem ostatnio moje kronikarskie obowiązki. Jednak nie będę się nijak usprawiedliwiał. Ot, po prostu mi się nie chciało.
Brak wpisów nie oznacza jednak, że nasza zimo-wiosna nie przyniosła kilku okazji do powożenia się tu i tam. Od listopada miało miejsce kilka eskapad do alpejskich sanatoriów, oraz pobliskich postsowieckich skansenów narciarskich. Wyjazdy, szczególnie te dalsze, obfitowały w przeróżne dziwne i często kompromitujące wydarzenia, więc tym bardziej nie chciałem dzielić się tymi przeżyciami z szerszą publiką. Kto był, ten wie.

W naszym grajdołku udało się postawić kilka śladów, czego dokumentację wizualną przedstawiam poniżej. 
W roli tła do zdjęć wykorzystano fototapety Pilska (leśne kompozycje) oraz słowackiego Salatyna (formacje typu alpejskiego). W epizodycznej roli w filmie wystąpiły również landszafty Szczyrku.

Pinki

Kauli







Salatyn


Jasiek


Akuku

Taka ładna ścianka

Marcin

Impresje nad życiem


Większość zdjęć pojawiło się tu dzięki uprzejmości Tomka Dębca



*


AK


Link Komentuj (0)
AK – dwie literki owiane legendą, mglistym wyobrażeniem wielkiego i dzikiego kraju. Literki pobudzające wyobraźnię, niejednokrotnie łączone z wizją sielankowego krańca świata, pokazaną
w pewnym serialu puszczanym w naszych szaroburych telewizorach w połowie lat dziewięćdziesiątych. Dla mnie najbardziej kuszące były opowieści o stromych górach
i fenomenalnym śniegu. 

Kierowany ciekawością, chęcią dotknięcia i posmakowania owej legendy ruszyłem do Haines – małej, rybackiej mieściny w południowo-wschodniej części Alaski. Zazwyczaj nazwa Haines nic nikomu nie mówi, jednak dla wąskiej grupy pozatrasowców, to miejsce niemal święte. Mekka heliboardingu, do której rokrocznie pielgrzymują setki narciarzy i snowboardzistów. To tam kręcą większość freeridowych filmów i strzelają niezliczoną ilość zdjęć, które możemy później oglądać
w branżowych magazynach.
Po przetransportowaniu się na drugi koniec globu, zostałem przywitany przez mglisto-deszczową pogodę, która właśnie rozgościła się nad pobliską zatoką.
Bardzo deprymujący był też fakt, iż wszyscy, którzy siedzieli w Haines od dłuższego czasu, bez przerwy opowiadali o ostatnich 4 dniach które z rozmachem serwowały „blue birds” (czyli idealną, bezchmurną pogodą).
Niestety na wstępie Alaska zaserwowała mi swoje kapryśne oblicze wystawiając na próbę moje pokłady cierpliwości. Kilka kolejnych dni upłynęło na czytaniu, oglądaniu filmów, zabijaniu nadmiaru wolnego czasu oraz nerwowym kontrolowaniu satelitarnych zdjęć zachmurzenia.
Kiedy moje nerwy były już mocno postrzępione a poziom frustracji przybliżał mnie do samobójstwa, nadszedł pierwszy słoneczny dzień. W bazie wielkie zamieszanie, łączenie w grupy, przydział przewodników i ruszamy. Ściśnięci w siedem osób w helikopterze podziwiamy szybko zmieniające się pod nami krajobrazy. Al, nasz pilot, wyrzuca nas na jednej z pobliskich górek – Old Faithful. Niestety stok nie grzeszy stromizną ani większymi trudnościami, to olbrzymie pole śnieżne na którym można po prostu przyjemnie posurfować w głębokim puchu. Dziś wszyscy wybrali tą górkę, ponieważ nikt nie chce zbytnio ryzykować po dłuższym okresie niepogody i sporych opadach śniegu, które bardzo zwiększyły zagrożenie lawinowe. Po pierwszej lekcji cierpliwości, przyszła kolejna, tym razem rozwagi – tu nikt nie jest bohaterem w zderzeniu z naturą, nawet największe gwiazdy narciarstwa i snowboardu dziś nie szarżują. Z mojej perspektywy, lekki stok na początek, to dobra rozgrzewka, rozpoznanie terenu, tutejszych zwyczajów i pierwszy kontakt z alaskańskim puchem, zsuwami, z którymi należy się zaprzyjaźnić bo towarzyszą nam niemal przy każdym zjeździe, czasem od samego szczytu, po dolinkę (dla wyjaśnienia, zsuwy, to luźny lecący śnieg, który nie jest jeszcze lawiną, choć czasem może nas poturbować). 
W ciągu kolejnych dni, w trakcie których śnieg trochę osiadł i zwiększył stabilność pokrywy, przesuwamy się ustawicznie w coraz odleglejsze zakątki tutejszych gór, poszukując coraz bardziej stromych i bardziej urozmaiconych stoków. Fenomenem alaskańskich gór jest śnieg, dużo bardziej wilgotny, niż w Europie, który pozwala na bezpieczną jazdę w puchu na stokach o naprawdę dużych nastromieniach. Śnieg ten tworzy też charakterystyczne śnieżne grzbiety (słynne „spines”), które wymagają trochę innej techniki jazdy, dają sporą frajdę z popylania po wielkich stromiznach, jednak wyniszczają psychicznie, bo zazwyczaj nie widzisz dalej niż na 5-10 metrów, musisz ciągle przeskakiwać z jednej strony grzbietu na drugą utrzymując przy tym odpowiednią prędkość, by uciec od pióropuszy śniegu, które zasłaniają pole widzenia. Kolejnym zaskoczeniem dla mnie była ilość poduszek śnieżnych, które układają się tutaj w długie kaskady. Niektóre stoki niemal w całości złożone są z labiryntów takich sekcji. Alaskański teren wymaga objeżdżenia, oswojenia
i przyzwyczajenia się do specyfiki tutejszych formacji śnieżnych.
Po kilku dniach jazdy i kilku roszadach personalnych, udało nam się stworzyć dość mocną grupę
z którą atakowaliśmy coraz bardziej wymagające stoki. Nie ukrywam, iż było dla mnie sporą nobilitacją, jeździć w grupie z trenerem nowozelandzkiej kadry snowboardowej, czy aktualnym mistrzem świata w big air, Stefanem Gimplem. Reprezentowany przez nich poziom, pewność
i płynność za każdym razem wprawiały mnie w zdumienie i wielki podziw. Co więcej ich obecność mobilizowała mnie też do wybierania coraz trudniejszych linii i jak mawiają moi znajomi „reprezentowania”. 
Poza odpowiednimi warunkami śnieżnymi, pogodą, dobrą i zgraną grupą bardzo ważny jest też przewodnik. To on decyduje, czy pozwoli ci zjechać z wymarzonej górki upatrzoną linią. Część guidów poprowadzi cię na klasyczne i typowe górki (swoją drogą rewelacyjne), natomiast inni puszczą wodze fantazji i zaczną wyszukiwać mniej popularnych a przez to bardziej atrakcyjnych opcji. Niestety odkrycie preferencji i sposobu pracy poszczególnych przewodników zajmuje trochę czasu, jednak kiedy traficie już na takiego, który pasuje wam najbardziej i który, znając wasze umiejętności, dobierze stoki do oczekiwań grupy, wtedy zaliczycie najlepsze zjazdy swojego życia.
Moje ostatnie trzy dni jazdy w Haines to idealne połączenie wszystkich elementów. Super pogoda, rewelacyjne góry, mocna ekipa i mnóstwo satysfakcji. Nasz przewodnik wybierał co smaczniejsze
i nie ruszone jeszcze kąski. Na szczytach niemal wszystkich gór odczuwałem lekkie trzęsienie kolan, bo niejednokrotnie stoki zbliżały się granicy moich możliwości. Gdy przychodziła kolej na mnie, musiałem zbieraćsię w sobie, wypowiedzieć do krótkofalówki magiczne „droping in 10 seconds”, po czym puścić się w dół. Zazwyczaj zrobienie pierwszych dwóch skrętów wychodziło mi jakoś opornie, jednak po kilku sekundach odzyskiwałem pewność i bez większych problemów gnałem w dół. 
Początek wyjazdu był dla mnie dość frustrujący ze względu na pogodę, jednak po kilku dniach wszystko zaczęło nabierać coraz większego tempa i kolorów. Często czułem się jak nowicjusz ucząc się specyfiki tutejszych warunków. Prawie codziennie walczyłem ze swoim strachem (raz mniejszym, raz większym a momentami nawet paraliżującym), jednak na koniec każdego dnia satysfakcja i zadowolenie było ogromne a wszystkich emocji chyba nie da się opisać. Z czystym sumieniem mogę podpisać się pod stwierdzeniem, iż Alaska jest stolicą freeridu a warunków tutejszych i skali nie da się z niczym porównać. AK jest piękną legendą i życzę każdemu by miał szansę jej skosztować.
*


AK


Link Komentuj (2)
Za kilka godzin będę już na lotnisku i zacznie się wycieczka na koniec świata. Dziś pakowałem się już dwa razy (w sumie w ciągu kilku ostatnich dni udało mi się powtórzyć ten manewr cztery razy). Od pewnego czasu nerwowo zaglądam na prognozę pogody - tu wieści nie najlepsze, do Haines dotarł sztorm znad oceanu i przewidywania na najbliższe dni nie napawają optymizmem. Z drugiej strony, to zapowiedź nowej dostawy śniegu

Podsumowując, ogarnia mnie euforia przyprawiona strachem.


Do zobaczenia za moment!

*





Bajkowa jazda dowolna


Link Komentuj (2)

Freeride kojarzy się zazwyczaj z wielkimi górami, olbrzymimi połaciami śniegu, czy
długimi leśnymi zjazdami w bajecznym puchu. Co jednak począć, gdy Pani Zima
albo niedomaga, albo pokazuje swoje dziwne i zmienne oblicze zapominając o
dostawie śniegu w wyższych partiach świata? Odpowiedź jest dość prosta, choć dla większości chyba mało oczywista - trzeba porozglądać się po miejscach gdzie akurat mamy śnieg i gdzie istnieje prawdopodobieństwo
napotkania różnych formacji ziemno-skalistych. Nasze radary nakierowane zostały
na Jurę.

Pierwsza myśl o jeździe na tej wyżynie pojawiła się w mojej głowie jakieś 2 lata temu,
jednak przez ostatnie zimy mogłem co najwyżej ćwiczyć cierpliwość myśląc o realizacji tego planu, ponieważ w międzyczasie nie zaobserwowano niemalże obecności śniegu w tych rejonach. Tym razem, dzięki zmiennym humorom/pomyłce Pani Zimy, można było sprawdzić jurajsko-zamkowy potencjał.



Nie zdradzę jednak szczegółów lokalizacji poszczególnych spotów, bo po chwili spędzonej nad mapą na pewno znajdziecie kilka fajnych obszarów a na miejscu, skalne możliwości na pewno was zaskoczą. Podczas całej tej absurdalnej ekspedycji skoncentrowaliśmy się przede wszystkim na skałkach, choć dwa dłuższe zjazdy też udało nam się zaliczyć. W kamieniarskim fachu, w porównaniu z Kostkiem, wypadłem raczej blado, ale się starałem (choć jak teraz patrzę na zdjęcia to chyba mogłem starać się bardziej). Skoki, loty,
spadki i wypadki oszczędziły tylko Tomka, za to my z Kostkiem troszkę się
pouszkadzaliśmy na zdradliwej muldce.





Człowiek Rakieta

Człowiek Samolot

Pan Samochodzik



Zabawa była przednia, dlatego w planach mamy jeszcze powrót do tej bajki, by zdobyć kilka jurajskich fortyfikacji, pokonać złego smoka i uwolnić kilka księżniczek.  

P.S. A tak wyglądała pierwsza ucieczka przed smokiem.



*



Stubai


Link Komentuj (4)

To miała być przedsezonowa rozgrzewka. I jak nic, ta wycieczka była jedną wielką rozgrzewką. Ilość przerw barowych na odmarzanie była iście imponująca a to za sprawą morderczych mrozów, które oscylowały wokół wartości -25 oC. Niby świeciło czasem słońce i zza okien wyglądało to dość sympatycznie, ale i tak wróciłem z lekkimi odmrożeniami. Pierwsze dni były temperaturową katorgą, potem troszku się polepszyło a na odchodne zalała nas fala ciepłego halnego. Jeśli chodzi o meritum, czyli jazdę, to po śniegu śmigało się dość sympatycznie, szczególnie Monice, która testowała bambusowe arcydzieło stolarstwa rodem z hameryki. Nie obyło się bez spektakularnych zjazdów, mrożących krew w żyłach upadków oraz kilku hańbiących tchórzostwach przed zjazdem w wykonaniu całej ferajny. Ot taka przedsezonowa gimnastyka w oczekiwaniu na śnieg w naszym grajdołku.










*



Chore - chorsze - najchorsze


Link Komentuj (9)

Co roku wydaje mi się, że już nic mnie nie zaskoczy i że jestem przygotowany na kolejne wyczyny prosów uwiecznione na zdjęciach i w najnowszych filmach. I za każdym razem ktoś mnie mocno zadziwia, czasem przeraża. Od kilku lat w na mojej liście w kategorii „najchorsze” pojawiają się takie postacie jak: Gigi (za pomysłowość, płynność i zabawę), Jeremy Jones (za opracowanie do perfekcji sztuki spadania z olbrzymich gór - jego zeszłoroczna część w filmie Optimistic do dziś przyprawia mnie o dreszcze), Xavier de le Rue (prędkość, pewność) i Jonaven Moore (za bezkompromisowość, odwagę, czasem chyba nawet bezczelność, z jaką rozprawia się z większością stoków, na jakich się pojawia).


I właśnie ten ostatni ustanowił tegoroczną poprzeczkę dość wysoko. Sami oceńcie:


 



 


© Dan Hudson


 


Bardzo polecam stronę fotografa, który zrobił to zdjęcie - Dan Hudson 


Przeglądając jego galerię, średnio co drugi obrazek lądował w kategorii „najchorsze”. Pan ten ma spore doświadczenie w pstrykaniu, bo zbierał już pierwsze nagrody jakieś 25 lat temu i w międzyczasie jego prace pojawiły się już chyba wszędzie. Miłego oglądania!


*



Łyk absyntu na lato


Link Komentuj (2)

W środku morderczego lata, które za wszelką cenę chce wtopić nas w podłóże, polecam łyczek mroźnego absyntu.


Energetyczny trunek zapewnia firma Absinthe, która po raz kolejny zabija swą mocą i przenosi nas w krainę marzeń - Neverland




 


*



Piątka


Link Komentuj (1)

 


Wiosna rozpędza się coraz bardziej. Już na dobre zawitała na nizinach i coraz pewniej wkracza w góry. Poza wieloma wadami tej pory roku, ma ona jedną wielką zaletę, tworząc firn - „legendarny śnieg wiosenny, częściej opisywany w kurierkach, niż oglądany w nieskazitelnej swej formie w Tatrach. Słońce musi go wysmażyć a mróz zamrozić, na przemian przez parę dni jednolitej pogody; ale o ile się trafi, zezwala na wszelką brawurę, ewolucje, lekceważenie stromizn i lawin” *. W powyższych słowach Józefa Oppenheima ukryty jest opis pierwszego dnia naszego ostatniego wyjazdu do Doliny Pięciu Stawów. Pogoda dopisała jak nigdy prażąc i rumieniąc nasze gęby, wygładzając i ujednalicając śnieg, który dawał niezłego kopa i zachęcał do „reprezentowania”. Naszym celem stało się Miedziane, ze szczytu którego wiedzie, moim zdaniem, jedna z najładniejszych linii w Tatrach. Ze szczytu prowadzi ona kilkoma żlebikami otwierającymi się na olbrzymie pole śnieżne.


 



 



 



 



 


Początek zjazdu potraktowaliśmy jako rozgrzewkę przed brawurową drugą połową góry, która sama zachęcała do puszczenia się w dół z wielką prędkością. Konkurencję na prędkość i styl bezapelacyjnie wygrał Tomek, który zmiażdżył mnie robiąc tylko trzy skręty w dolnej części stoku. Nasza jazda chyba przypadła do gustu również skiturowcom, którzy oglądali nas z tarasu schroniska, ponieważ po dojeżdzie do budynku zostaliśmy poczęstowani Ballentheinsem! Później sprawy potoczyły się dość szybko, procentowo, śpiewnie, tanecznie, urodzinowo i oliwkowo. Nad całą imprezą czuwał duch Oppenheima, którego cytaty powracały regularnie, recytowane przez jednego z narciarzy. W trakcie imprezy dołączyli do nas również Monika z Pawłem, którzy z przygodami transportowali się z MOka.



 



 



 



 



 



 



 



 


Po bardzo leniwym poranku wybraliśmy się na Kostura. Linia ładna, choć bez większych wyzwań. Po nocnych opadach deszczu warunki dość mocno się stępiły i rozmokły. Śnieg nie chciał się trzymać, co zaowocowało kilkoma lawinkami. Widok i dzwięk lawiny, która ruszyła spod twojej deski i wpadającej z impetem do jeziorka poniżej nie jest budującym doświadczeniem. Dodatkowo na stoku obok narciarze spuścili sobie na łeb lawinkę, która przeciorała 2 turowców, na szczęście skończyło się tylko na strachu.


Mimo traumatycznych atrakcji drugiego dnia, wyjazd zapisuję jako bardzo udany. Miejsce oferuje sporo niezłych opcji i chyba jako jedyne miejsce w Tatrach broni się skutecznie przed tłumami niedzielnych turystów. Piątka na piątkę.



 



 



 



 



 



 


foto. Tomek Dębiec


 


 


*Józef Oppenheim „Szlaki narciarskie Tatr Polskich” 1936


 


 


*



Rumunia


Link Komentuj (0)

Od powrotu z tej wycieczki minęło już sporo czasu, jednak do dziś nie jestem w stanie usiąść na tyłku i napisać czegoś sensownego. W związku z tym musicie zadowolić się poniższym fotostory, w którym pomieszane są obrazki wykonane przez panów Tomka D. oraz Piotra P.



























 


*


 



Wiosna


Link Komentuj (8)

Po ostatnim weekendzie jestem tak wypluty, sztywny i ledwo żywy, że nie mam siły na dłuższe opisy. Media mówią, że mamy już wiosnę, jednak takiego opadu nie powstydziłaby się żadna szanująca się, mroźna zima. Nową dostawę puchu wykorzystaliśmy w stu procentach. Dwa dni, dwie miejscówki i mnóstwo radochy.


 



 



 



 



 



 



 



 



 



 


photos: Tomek Dębiec


 


*


 



Archiwum

Zaległości
AK podsumowanie
AK
Bajkowa jazda dowolna
Stubai
Chore - chorsze - najchorsze
Piatka
Rumunia
Wiosna
Grofa
Secret spot
Gastein
La Plagne
w poszukiwaniu sniegu
That's it That's all
Apocalypse Snow 1983
Moj pierwszy raz
Google Earth
***
malymi literami???
big air, big plum
Surfwise
W jak Wpis
Straszny diabel w glowie
Majowka
The Day
Ukrainskie backcountry

Linki

hardkor nie disko
trzymetrypuchu
king of the game
freeride world tour

O mnie

Wyślij wiadomość

<< PREVIOUS

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl

<< PREVIOUS