Zaległości
Link Komentuj (0)
AK
Link Komentuj (0)
AK – dwie literki owiane legendą, mglistym wyobrażeniem wielkiego i dzikiego kraju. Literki pobudzające wyobraźnię, niejednokrotnie łączone z wizją sielankowego krańca świata, pokazaną
w pewnym serialu puszczanym w naszych szaroburych telewizorach w połowie lat dziewięćdziesiątych. Dla mnie najbardziej kuszące były opowieści o stromych górach
i fenomenalnym śniegu.
w branżowych magazynach.
Po przetransportowaniu się na drugi koniec globu, zostałem przywitany przez mglisto-deszczową pogodę, która właśnie rozgościła się nad pobliską zatoką.
Niestety na wstępie Alaska zaserwowała mi swoje kapryśne oblicze wystawiając na próbę moje pokłady cierpliwości. Kilka kolejnych dni upłynęło na czytaniu, oglądaniu filmów, zabijaniu nadmiaru wolnego czasu oraz nerwowym kontrolowaniu satelitarnych zdjęć zachmurzenia.
Kiedy moje nerwy były już mocno postrzępione a poziom frustracji przybliżał mnie do samobójstwa, nadszedł pierwszy słoneczny dzień. W bazie wielkie zamieszanie, łączenie w grupy, przydział przewodników i ruszamy. Ściśnięci w siedem osób w helikopterze podziwiamy szybko zmieniające się pod nami krajobrazy. Al, nasz pilot, wyrzuca nas na jednej z pobliskich górek – Old Faithful. Niestety stok nie grzeszy stromizną ani większymi trudnościami, to olbrzymie pole śnieżne na którym można po prostu przyjemnie posurfować w głębokim puchu. Dziś wszyscy wybrali tą górkę, ponieważ nikt nie chce zbytnio ryzykować po dłuższym okresie niepogody i sporych opadach śniegu, które bardzo zwiększyły zagrożenie lawinowe. Po pierwszej lekcji cierpliwości, przyszła kolejna, tym razem rozwagi – tu nikt nie jest bohaterem w zderzeniu z naturą, nawet największe gwiazdy narciarstwa i snowboardu dziś nie szarżują. Z mojej perspektywy, lekki stok na początek, to dobra rozgrzewka, rozpoznanie terenu, tutejszych zwyczajów i pierwszy kontakt z alaskańskim puchem, zsuwami, z którymi należy się zaprzyjaźnić bo towarzyszą nam niemal przy każdym zjeździe, czasem od samego szczytu, po dolinkę (dla wyjaśnienia, zsuwy, to luźny lecący śnieg, który nie jest jeszcze lawiną, choć czasem może nas poturbować).
i przyzwyczajenia się do specyfiki tutejszych formacji śnieżnych.
Po kilku dniach jazdy i kilku roszadach personalnych, udało nam się stworzyć dość mocną grupę
z którą atakowaliśmy coraz bardziej wymagające stoki. Nie ukrywam, iż było dla mnie sporą nobilitacją, jeździć w grupie z trenerem nowozelandzkiej kadry snowboardowej, czy aktualnym mistrzem świata w big air, Stefanem Gimplem. Reprezentowany przez nich poziom, pewność
i płynność za każdym razem wprawiały mnie w zdumienie i wielki podziw. Co więcej ich obecność mobilizowała mnie też do wybierania coraz trudniejszych linii i jak mawiają moi znajomi „reprezentowania”.
Moje ostatnie trzy dni jazdy w Haines to idealne połączenie wszystkich elementów. Super pogoda, rewelacyjne góry, mocna ekipa i mnóstwo satysfakcji. Nasz przewodnik wybierał co smaczniejsze
i nie ruszone jeszcze kąski. Na szczytach niemal wszystkich gór odczuwałem lekkie trzęsienie kolan, bo niejednokrotnie stoki zbliżały się granicy moich możliwości. Gdy przychodziła kolej na mnie, musiałem zbieraćsię w sobie, wypowiedzieć do krótkofalówki magiczne „droping in 10 seconds”, po czym puścić się w dół. Zazwyczaj zrobienie pierwszych dwóch skrętów wychodziło mi jakoś opornie, jednak po kilku sekundach odzyskiwałem pewność i bez większych problemów gnałem w dół.
AK
Link Komentuj (2)
Za kilka godzin będę już na lotnisku i zacznie się wycieczka na koniec świata. Dziś pakowałem się już dwa razy (w sumie w ciągu kilku ostatnich dni udało mi się powtórzyć ten manewr cztery razy). Od pewnego czasu nerwowo zaglądam na prognozę pogody - tu wieści nie najlepsze, do Haines dotarł sztorm znad oceanu i przewidywania na najbliższe dni nie napawają optymizmem. Z drugiej strony, to zapowiedź nowej dostawy śniegu
Podsumowując, ogarnia mnie euforia przyprawiona strachem.
Do zobaczenia za moment!
*
Bajkowa jazda dowolna
Link Komentuj (2)
Freeride kojarzy się zazwyczaj z wielkimi górami, olbrzymimi połaciami śniegu, czy
długimi leśnymi zjazdami w bajecznym puchu. Co jednak począć, gdy Pani Zima
albo niedomaga, albo pokazuje swoje dziwne i zmienne oblicze zapominając o
dostawie śniegu w wyższych partiach świata? Odpowiedź jest dość prosta, choć dla większości chyba mało oczywista - trzeba porozglądać się po miejscach gdzie akurat mamy śnieg i gdzie istnieje prawdopodobieństwo
napotkania różnych formacji ziemno-skalistych. Nasze radary nakierowane zostały
na Jurę.
Pierwsza myśl o jeździe na tej wyżynie pojawiła się w mojej głowie jakieś 2 lata temu,
jednak przez ostatnie zimy mogłem co najwyżej ćwiczyć cierpliwość myśląc o realizacji tego planu, ponieważ w międzyczasie nie zaobserwowano niemalże obecności śniegu w tych rejonach. Tym razem, dzięki zmiennym humorom/pomyłce Pani Zimy, można było sprawdzić jurajsko-zamkowy potencjał.
Nie zdradzę jednak szczegółów lokalizacji poszczególnych spotów, bo po chwili spędzonej nad mapą na pewno znajdziecie kilka fajnych obszarów a na miejscu, skalne możliwości na pewno was zaskoczą. Podczas całej tej absurdalnej ekspedycji skoncentrowaliśmy się przede wszystkim na skałkach, choć dwa dłuższe zjazdy też udało nam się zaliczyć. W kamieniarskim fachu, w porównaniu z Kostkiem, wypadłem raczej blado, ale się starałem (choć jak teraz patrzę na zdjęcia to chyba mogłem starać się bardziej). Skoki, loty,
spadki i wypadki oszczędziły tylko Tomka, za to my z Kostkiem troszkę się
pouszkadzaliśmy na zdradliwej muldce.
Człowiek Rakieta
Człowiek Samolot
Pan Samochodzik
Zabawa była przednia, dlatego w planach mamy jeszcze powrót do tej bajki, by zdobyć kilka jurajskich fortyfikacji, pokonać złego smoka i uwolnić kilka księżniczek.
P.S. A tak wyglądała pierwsza ucieczka przed smokiem.
*
Stubai
Link Komentuj (4)
To miała być przedsezonowa rozgrzewka. I jak nic, ta wycieczka była jedną wielką rozgrzewką. Ilość przerw barowych na odmarzanie była iście imponująca a to za sprawą morderczych mrozów, które oscylowały wokół wartości -25 oC. Niby świeciło czasem słońce i zza okien wyglądało to dość sympatycznie, ale i tak wróciłem z lekkimi odmrożeniami. Pierwsze dni były temperaturową katorgą, potem troszku się polepszyło a na odchodne zalała nas fala ciepłego halnego. Jeśli chodzi o meritum, czyli jazdę, to po śniegu śmigało się dość sympatycznie, szczególnie Monice, która testowała bambusowe arcydzieło stolarstwa rodem z hameryki. Nie obyło się bez spektakularnych zjazdów, mrożących krew w żyłach upadków oraz kilku hańbiących tchórzostwach przed zjazdem w wykonaniu całej ferajny. Ot taka przedsezonowa gimnastyka w oczekiwaniu na śnieg w naszym grajdołku.
*
Chore - chorsze - najchorsze
Link Komentuj (9)
Co roku wydaje mi się, że już nic mnie nie zaskoczy i że jestem przygotowany na kolejne wyczyny prosów uwiecznione na zdjęciach i w najnowszych filmach. I za każdym razem ktoś mnie mocno zadziwia, czasem przeraża. Od kilku lat w na mojej liście w kategorii „najchorsze” pojawiają się takie postacie jak: Gigi (za pomysłowość, płynność i zabawę), Jeremy Jones (za opracowanie do perfekcji sztuki spadania z olbrzymich gór - jego zeszłoroczna część w filmie Optimistic do dziś przyprawia mnie o dreszcze), Xavier de le Rue (prędkość, pewność) i Jonaven Moore (za bezkompromisowość, odwagę, czasem chyba nawet bezczelność, z jaką rozprawia się z większością stoków, na jakich się pojawia).
I właśnie ten ostatni ustanowił tegoroczną poprzeczkę dość wysoko. Sami oceńcie:
© Dan Hudson
Bardzo polecam stronę fotografa, który zrobił to zdjęcie - Dan Hudson
Przeglądając jego galerię, średnio co drugi obrazek lądował w kategorii „najchorsze”. Pan ten ma spore doświadczenie w pstrykaniu, bo zbierał już pierwsze nagrody jakieś 25 lat temu i w międzyczasie jego prace pojawiły się już chyba wszędzie. Miłego oglądania!
*
Łyk absyntu na lato
Link Komentuj (2)
W środku morderczego lata, które za wszelką cenę chce wtopić nas w podłóże, polecam łyczek mroźnego absyntu.
Energetyczny trunek zapewnia firma Absinthe, która po raz kolejny zabija swą mocą i przenosi nas w krainę marzeń - Neverland
*
Piątka
Link Komentuj (1)
Wiosna rozpędza się coraz bardziej. Już na dobre zawitała na nizinach i coraz pewniej wkracza w góry. Poza wieloma wadami tej pory roku, ma ona jedną wielką zaletę, tworząc firn - „legendarny śnieg wiosenny, częściej opisywany w kurierkach, niż oglądany w nieskazitelnej swej formie w Tatrach. Słońce musi go wysmażyć a mróz zamrozić, na przemian przez parę dni jednolitej pogody; ale o ile się trafi, zezwala na wszelką brawurę, ewolucje, lekceważenie stromizn i lawin” *. W powyższych słowach Józefa Oppenheima ukryty jest opis pierwszego dnia naszego ostatniego wyjazdu do Doliny Pięciu Stawów. Pogoda dopisała jak nigdy prażąc i rumieniąc nasze gęby, wygładzając i ujednalicając śnieg, który dawał niezłego kopa i zachęcał do „reprezentowania”. Naszym celem stało się Miedziane, ze szczytu którego wiedzie, moim zdaniem, jedna z najładniejszych linii w Tatrach. Ze szczytu prowadzi ona kilkoma żlebikami otwierającymi się na olbrzymie pole śnieżne.
Początek zjazdu potraktowaliśmy jako rozgrzewkę przed brawurową drugą połową góry, która sama zachęcała do puszczenia się w dół z wielką prędkością. Konkurencję na prędkość i styl bezapelacyjnie wygrał Tomek, który zmiażdżył mnie robiąc tylko trzy skręty w dolnej części stoku. Nasza jazda chyba przypadła do gustu również skiturowcom, którzy oglądali nas z tarasu schroniska, ponieważ po dojeżdzie do budynku zostaliśmy poczęstowani Ballentheinsem! Później sprawy potoczyły się dość szybko, procentowo, śpiewnie, tanecznie, urodzinowo i oliwkowo. Nad całą imprezą czuwał duch Oppenheima, którego cytaty powracały regularnie, recytowane przez jednego z narciarzy. W trakcie imprezy dołączyli do nas również Monika z Pawłem, którzy z przygodami transportowali się z MOka.
Po bardzo leniwym poranku wybraliśmy się na Kostura. Linia ładna, choć bez większych wyzwań. Po nocnych opadach deszczu warunki dość mocno się stępiły i rozmokły. Śnieg nie chciał się trzymać, co zaowocowało kilkoma lawinkami. Widok i dzwięk lawiny, która ruszyła spod twojej deski i wpadającej z impetem do jeziorka poniżej nie jest budującym doświadczeniem. Dodatkowo na stoku obok narciarze spuścili sobie na łeb lawinkę, która przeciorała 2 turowców, na szczęście skończyło się tylko na strachu.
Mimo traumatycznych atrakcji drugiego dnia, wyjazd zapisuję jako bardzo udany. Miejsce oferuje sporo niezłych opcji i chyba jako jedyne miejsce w Tatrach broni się skutecznie przed tłumami niedzielnych turystów. Piątka na piątkę.
*Józef Oppenheim „Szlaki narciarskie Tatr Polskich” 1936
Rumunia
Link Komentuj (0)
Od powrotu z tej wycieczki minęło już sporo czasu, jednak do dziś nie jestem w stanie usiąść na tyłku i napisać czegoś sensownego. W związku z tym musicie zadowolić się poniższym fotostory, w którym pomieszane są obrazki wykonane przez panów Tomka D. oraz Piotra P.
*
Wiosna
Link Komentuj (8)
Po ostatnim weekendzie jestem tak wypluty, sztywny i ledwo żywy, że nie mam siły na dłuższe opisy. Media mówią, że mamy już wiosnę, jednak takiego opadu nie powstydziłaby się żadna szanująca się, mroźna zima. Nową dostawę puchu wykorzystaliśmy w stu procentach. Dwa dni, dwie miejscówki i mnóstwo radochy.






































































































