Piątka
Link Komentuj (1)
Wiosna rozpędza się coraz bardziej. Już na dobre zawitała na nizinach i coraz pewniej wkracza w góry. Poza wieloma wadami tej pory roku, ma ona jedną wielką zaletę, tworząc firn - „legendarny śnieg wiosenny, częściej opisywany w kurierkach, niż oglądany w nieskazitelnej swej formie w Tatrach. Słońce musi go wysmażyć a mróz zamrozić, na przemian przez parę dni jednolitej pogody; ale o ile się trafi, zezwala na wszelką brawurę, ewolucje, lekceważenie stromizn i lawin” *. W powyższych słowach Józefa Oppenheima ukryty jest opis pierwszego dnia naszego ostatniego wyjazdu do Doliny Pięciu Stawów. Pogoda dopisała jak nigdy prażąc i rumieniąc nasze gęby, wygładzając i ujednalicając śnieg, który dawał niezłego kopa i zachęcał do „reprezentowania”. Naszym celem stało się Miedziane, ze szczytu którego wiedzie, moim zdaniem, jedna z najładniejszych linii w Tatrach. Ze szczytu prowadzi ona kilkoma żlebikami otwierającymi się na olbrzymie pole śnieżne.
Początek zjazdu potraktowaliśmy jako rozgrzewkę przed brawurową drugą połową góry, która sama zachęcała do puszczenia się w dół z wielką prędkością. Konkurencję na prędkość i styl bezapelacyjnie wygrał Tomek, który zmiażdżył mnie robiąc tylko trzy skręty w dolnej części stoku. Nasza jazda chyba przypadła do gustu również skiturowcom, którzy oglądali nas z tarasu schroniska, ponieważ po dojeżdzie do budynku zostaliśmy poczęstowani Ballentheinsem! Później sprawy potoczyły się dość szybko, procentowo, śpiewnie, tanecznie, urodzinowo i oliwkowo. Nad całą imprezą czuwał duch Oppenheima, którego cytaty powracały regularnie, recytowane przez jednego z narciarzy. W trakcie imprezy dołączyli do nas również Monika z Pawłem, którzy z przygodami transportowali się z MOka.
Po bardzo leniwym poranku wybraliśmy się na Kostura. Linia ładna, choć bez większych wyzwań. Po nocnych opadach deszczu warunki dość mocno się stępiły i rozmokły. Śnieg nie chciał się trzymać, co zaowocowało kilkoma lawinkami. Widok i dzwięk lawiny, która ruszyła spod twojej deski i wpadającej z impetem do jeziorka poniżej nie jest budującym doświadczeniem. Dodatkowo na stoku obok narciarze spuścili sobie na łeb lawinkę, która przeciorała 2 turowców, na szczęście skończyło się tylko na strachu.
Mimo traumatycznych atrakcji drugiego dnia, wyjazd zapisuję jako bardzo udany. Miejsce oferuje sporo niezłych opcji i chyba jako jedyne miejsce w Tatrach broni się skutecznie przed tłumami niedzielnych turystów. Piątka na piątkę.
*Józef Oppenheim „Szlaki narciarskie Tatr Polskich” 1936
Rumunia
Link Komentuj (0)
Od powrotu z tej wycieczki minęło już sporo czasu, jednak do dziś nie jestem w stanie usiąść na tyłku i napisać czegoś sensownego. W związku z tym musicie zadowolić się poniższym fotostory, w którym pomieszane są obrazki wykonane przez panów Tomka D. oraz Piotra P.
*
Wiosna
Link Komentuj (8)
Po ostatnim weekendzie jestem tak wypluty, sztywny i ledwo żywy, że nie mam siły na dłuższe opisy. Media mówią, że mamy już wiosnę, jednak takiego opadu nie powstydziłaby się żadna szanująca się, mroźna zima. Nową dostawę puchu wykorzystaliśmy w stu procentach. Dwa dni, dwie miejscówki i mnóstwo radochy.
Grofa
Link Komentuj (0)
Z inicjatywą tego wyjazdu wyskoczył oczywiście Tomek, czyli największy freeridowy ambasador ukraińskich gór.
Zaprosił nas na krótką, czterodniową wycieczkę do samoobsługowego schroniska w Gorganach. Po zeszłorocznych doświadczeniach w przewiewnej, zawalającej się pasterskiej chacie, wizja miłego schronu wydała się bardzo kusząca. Dotychczas o Gorganach wiedziałem tylko tyle, że słyną z olbrzymiej ilości kosówki, która bardzo skutecznie utrudnia łażenie i zabija ducha nawet w „dziarskim turyście”.
Na wstępie skład miał być dziesięcioosobowy. Po przeróżnych perturbacjach i roszadach na granicy w Przemyślu spotkałem się Tomkiem, Henrykiem i Michałem. Dzień po nas miała ruszyć żeńska ekipa w osobach Moniki i Olki.
Transport po ukraińskiej stronie przebiegał wg prawa Murphiego, czyli wszędzie dojeżdżaliśmy z lekkim opóźnieniem, dzięki czemu kiblowaliśmy we wszystkich przesiadkowych miejscach. Dodatkowo było pieruńsko zimno a elektriczki na wszelki wypadek nie były ogrzewane. Mimo włożenia na siebie całej garderoby i tak szczekałem zębami. Podróż zajeła nam całą noc. Rankiem błogosławieństwem okazały się panie sklepikarki, które przygotowały nam cieplutką kawę.
Łażenie po górach z -dziesto kilowym bagażem na plecach nie należy do przyjemności i zazwyczaj ma się wtedy w głowie same kryzysowo-mordercze myśli, więc pozwólcie, że o dojściu do bazy napiszę tylko tyle, że droga była zdradliwa, depresyjna i zajeła nam 5 zamiast 3 godzin. Nagrodą za męczarnię była hacienda. Trzeba powiedzieć, że budowniczy zrobili kawał dobrej roboty, bo schron jest fajnie zrobiony, przemyślany, ustawiony w rewalacyjnym miejscu. Jak dla mnie hitem była weranda z super widokiem. Aby nie było zbyt pięknie, musieliśmy jeszcze porąbać drewno na opał. Na szęście wcześniejsi goście zostawili już częściowo pocięte kłody.Zmęczenie spacyfikowało nas dość szybko i skończyliśmy w śpiworach zaraz po dobranocce.
O poranku przeszedłem skrócony kurs na pomocnika drwala i asystowałem po raz pierwszy w życiu przy ścince drzewa. Zaraz po tym barbażyństwie ruszyliśmy w kierunku Grofy, by założyć pierwsze ślady. Góra stoku fajna, z niezłym kontem. Na samym wstępie Tomkowi spod nart ruszyła desk śnieżna, na szczęście niegroźna. Od połowy stoku zaczęła niestety wyłazić sławna gorgańska kosówka. Po kilku przyjemnych skrętach wpadliśmy w żlebik z wielkim gąszczem zielonego badziewia. W pewnym momence dżungla mnie zmogła i do podnóża góry doszedlem z deską w łapie.
Ku naszemu zdziwieniu na dole spotkaliśmy Monikę drepczącą w stronę naszej chatki. Nasze zdziwienie było jeszcze większe po opowieściach Moniki o niewpuszczeniu Olki do Ukrainy oraz o hardkorowym noclegu z napranymi kierowcami marszrutek. Podczas dalszego wspólnego podejścia znaleźliśmy małą, stromą polankę na której zostawiliśmy kilka śladów znikających w przepływającym poniżej potoku. Wieczór minął pod znakiem skoków przez iglaki, teledysków pink floyd z przenośnego mini telewizorka i ogólną banią spowodowaną przez paprykowe trunki.
Kolejny dzień przywitał nas mgłą, deszczem i ogólnym syfem. Mimo usilnych prób jazdy deski i narty mówiły głośne: NIE!, które i tak gubiło się w wszechogarniającym mleku. Ratunkiem okazał się las, który nie wpuścił do siebie ani mgły ani deszczu. Tu mogliśmy wyładować trochę naszej frustracji.
Frustrujący okazał się również ostatni dzień, bo zaczęło mocno sypać gdy my zaczeliśmy pakować plecaki. Jednak nie poddliśy się bez walki! Usypaliśmy szybką, mała i kiepską hopkę, która przyprawiła mnie o ból głowy, karku i pleców. Na koniec wdrapaliśmy się na zbocze Grofy, by zostawić pożegnalne ślady na świeżutkim puchu.
Secret powder
Link Komentuj (0)
Dziś zapraszam na mieszankę zdjęć w ostatnich wypraw poszukiwaczy śniegów, pięknych linii i secret spot’ów. W rolach głównych występują: Kuba, Pinki oraz Tomek, który uchwycił chłopaków w akcji.
Kiedy czytam ich relacje o „hicie regionu”, „najlepszych liniach w tej części świata”, „zakładaniu prawie idealnych śladów” i przeglądam zdjęcia w wypadów, to zalewa mnie krew, bo za daleko od gór siedzę.
Enjoy!
Pinki
Kuba
Kuba
Pinki
*
Gastein
Link Komentuj (0)
Jak większość z was wie, jakiś czas temu wchłonął mnie Babilon. Dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że objawia się to chodzeniem w garniturze, liczeniem banknotów przed zaśnięciem, zmianą wyrazu twarzy na zaciętą, rozpychaniem się łokciami, podkładaniem nóg kolegom z pracy, wycinaniem drzew w Amazonii, zatruwaniem rzek całego świata i porannymi modlitwami przed wizerunkiem Wielkiego Szefa.
Jednak nie bójcie się, nie taki diabeł straszny! Gdy Wielki Szef ma dobry dzień, ewentualnie wykazałeś się bezwzględnością w ściąganiu pieniędzy od biednych klientów lub jakimś innym sukcesem, wtedy Wielki Szef może spojrzeć na ciebie przychylnym wzrokiem i …wysłać cię na wyjazd w góry z „Klientem Strategicznym”. Czysta przyjemność po miesiącach spędzonych przed monitorem, błądzenia w tonach papierów, brodzenia we krwi niewinnych dzieci…
Razem z „Klientami Strategicznymi” udaliśmy się do miejscowości Gastein. Ośrodek na pewno bardzo przypadłby do gustu Kubie, bo lasy tamtejsze są przecudnej urody o niewyobrażalnym wręcz jezdym potencjale z dużą ilością fajnych pillow line’ów. W związku z tym zaraz po wpięciu w deskę pomachałem „Klientom” i zgubiłem się w lesie. Niestety za moment dogoniła mnie mgła i wtedy zgubiłem się już na serio, bo nie widziałem nawet deski pod nogami. Widocznie Wielki Brat pogniewał się, za mą dezercję i zesłał na mnie tą plagę. Po takiej nauczce, kolejnego dnia jeździłem już grzecznie po trasach. Plan był taki, żeby uśpić czujność Wszystkowidzącego Bossa i już trzeciego dnia przeprowadziłem bardzo przemyślaną akcję dywersyjną namawiając swojego przełożonego i kumpla z Austrii na jazdę na free. O dziwo akcja zakończyła się sukcesem, uśmiechami na gębach i bardzo fajnymi śladami w bardzo przyjemnym źlebie. Dywersja niestety nie spodobała się Bossowi, bo zesłał na nas huragan w trakcie którego przekonałem się, że wiatr grzejący z prędkością 120 km/h rzeczywiście jest w stanie zwalić z nóg i że gondolki są w stanie niemal owinąć się wokół liny wyciągu. W związku z niesprzyjającym warunem dzień zakończyliśmy w barze. Kolejnego ranka okazało się, że huragan przyniósł wieczorem spory opad. Takiego obłędu w oczach nie miałem już dawno. Super śnieg połączony z super miejscówką mało mnie nie wykończył. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, bo wszędzie na około czekały na mnie fantastyczne linie. Jak na razie najlepszy dzień sezonu.
Niestety zdjęciami się nie pochwalę, bo aparat odmówił współpracy. Możecie popatrzeć jedynie jak wyglądają góry na chwilę przed wiaterkiem o sile 12 stopni w skali Beauforta.
Po publikacji takiego tekstu Boss na pewno ześle na mnie jakąś kolejną plagę (mam nadzieję, że będą to śnieżyce)
*
La Plagne
Link Komentuj (19)
Wstęp do tego wyjazdu możnaby skrócić do takiej konwersacji:
Miszoł: Wujek koleżanki ma Chalet we Francji. Mamy 10 osób, szukamy ostatniej.
Ja: …………….(oszołomienie)
Stan oszołomienia utrzymuje się mniej więcej od dnia propozycji do dziś, czyli dość długo.
Ekipa, do dnia wyjazdu była dla mnie jedną wielką niewiadomą. Ostatecznie stanęło na tym, iż jedzie Miszoł, Vasyl, Andriej i 6 nieznajomych niewiast. Nie wchodząc w szczegóły, napiszę tylko, że dziewczyny mnie urzekły. Resztę pozostawię waszym domysłom ;)
Szalet, czyli nasza chata, bardzo spoko. Mała, lecz wystarczająca. Najlepsze było to, iż przy porannej kawce bez problemu mogliśmy ustalać popołudniowe zazdy na free (kosmos)
Resorcik spoko, choć wymaga trochę lepszego rozpoznania. Jedyną rzeczą, która nie wypaliła, był niestety śnieg. Znaleźliśmy tylko stary, uleżały, niemal wiosenny podkład. Jak widać nawet w wysokich górach mają z tym problem.
Genaralnie mam wielki misz-masz we łbie, więc resztę dopowiedzą zdjęcia.
Crew
w poszukiwaniu śniegu
Link Komentuj (7)
Zdecydowaliśmy się ostatnio na poszukiwanie śniegu w polskich górach. Zadanie wydało się dość karkołomne i z góry skazane na niepowodzenie, co podkreślali niemal wszyscy znajomi. Na duchu podtrzymywał mnie tylko Marvin Gaye, który śpiewał z głośników: „I believe in miracle…”.
W ostatniej chwili postanowiliśmy ruszyć do Szczyrku, gdzie ponoć ktoś kiedyś widział białe płachty śniegu.
O dziwo, ekspedycja zakończyła się sukcesem. Znaleźliśmy nawet dobrze schowany w lesie uleżany puch. Zbudowaliśmy pierwszą w tym sezonie hopkę, co skończyło się tym, że Pinki wprawił mnie w kompleksy. Dodatkiem był wieczorno-nocny zjazd w lesie ze sporą ilością wrażeń.
Szczerze, nie spodziewałem się takich warunków i tak różnorodnego, pierwszego dnia sezonu.
Dużo obszerniejszą relację odnajdziecie na hardkorniedisko
photos by: Tomek Dębiec, Pinki, Leszczu
*
That's it That's all
Link Komentuj (6)
Sorry, bo zdjęcie nie najlepsze, ale wydaje mi się, że część z was pozna tego pana. Tak, to Travis Rice.
Odwiedził on wczoraj Polskę razem ze swym filmem That’s it That’s all. Na dodatek przybył wraz z Curtem Morganem (drugim producentem), Markiem Landvikiem i Hampusem Mosessonem. Zapowiadało się pysznie.
Kiedy media wspominały o tym filmie, przez wszystkie przypadki odmieniano takie słowa jak wielkie, najbardziej, najlepszy, niesamowity. Rzeczywiście, wielka produkcja, wielkie pieniądze, wielka technologia filmowa i wielkie nadzieje.
Jak wszyscy wiedzą, Travis jest klasą sam dla siebie.
Poziom tricków, które sypały się z ekranu, był tak oszałamiający, że chwilami wyglądało to jak gra komputerowa. Jednak nie chciałbym pisać o freestylu, bo pewnie większość z was zobaczy ten film, to sami ocenicie. To co najbardziej uderzyło mnie w tej produkcji, to fakt, że jest o film Travisa o Travisie. Ponad połowa filmu to jego jazda (fakt faktem, zajebista) a reszta występów topowych rajderów, to tylko tło dla mr T. Dodatkowo, dobijające są peany kumpli nad jego osobą.
Szkoda, bo zabrało mi to sporo przyjemności z oglądania.
Miało być pysznie a po konsupcji jakoś krzywą minę mam.
*
Apocalypse Snow 1983
Link Komentuj (0)
To pierwszy europejski film ze snowboardem w roli głównej. Rolland Regis grzeje na własnoręcznie zrobionej desce, prawie bez wiązań. Film legenda, klasyka.
Bzdurne połączenia akcji i fabuły, choć trzeba przyznać, że z perspektywy czasu zabawne. Co gorsza, kręcą teraz remake z samymi gwiazdami snowboardu, narciarstwa, paralotniarstwa i innych dziwnych sportów! Ja wymiękam!
*




























































































